Legia w Lidze Mistrzów

Czekaliśmy dwadzieścia lat aż w końcu obejrzymy w meczu na żywo polski zespół w rywalizacji z najlepszymi w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Oczekiwania były wielkie, przez lata brakowało już naprawdę niewiele, blisko była Legia, blisko była Wisła, wielkie nadzieje wiązane były z poznańskim Lechem, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie i zaskakiwały piłkarskie wyniki meczów.


Wreszcie jednak po dwudziestu latach od ostatniego występu Widzewa Łódź w tych elitarnych rozgrywkach udało się awansować do nich Legii Warszawa. Sama Legia na ten moment czekała rok dłużej, bo sezon przed Widzewem Łódź to właśnie popularni "wojskowi" grali także w tych rozgrywkach.


Droga przez eliminacje była ciężka, mozolna, bez stylu i z wielkim szczęściem w losowaniu, ale się udała. Oczywiście trzeba przyznać, że losowanie na żywo takiego rywala to też lata budowania współczynnika i dzięki temu Legia była rozstawiona.


Jednak zderzenie z piłkarską Ligą Mistrzów było naprawdę bardzo trudne i bolesne. Owszem, nikt chyba nie spodziewał się, że w meczu na żywo z Borussią Dortmund Legia przejmie inicjatywę i będzie walczyć jak równy z równym, ale właśnie samego zaangażowania i walki oczekiwaliśmy. Tymczasem Legia zagrała bardzo bezbarwnie, jakby przeszła obok tego meczu i przegrała na własnym obiekcie, przy komplecie publiczności aż 0:6.


Gdzie szukać przyczyny? Chyba przede wszystkim w przygotowaniu Legii do tej Ligi Mistrzów i w osobie trenera. Hasi wyszedł na Borussię w ustawieniu 4-3-3 i praktycznie oddał środek pola Niemcom, co tylko dawało im przestrzeń i mogli robić co chcieli. Zawalone były też defensywne stałe fragmenty gry, bo to z nich padały kluczowe bramki, które potem miały wpływ na przebieg meczu. Jak będzie dalej? Oby klub wyciągnął wnioski z tej bolesnej lekcji.